Kiedy ostatnio przeglądaliśmy książeczkę z zabytkami pod patronatem National Trust odkryliśmy, że: po pierwsze nigdy nie odwiedziliśmy Sissinghurst, po drugie miejsce to znajduje się całkiem niedaleko od naszego miasta. Ze zdziwieniem zestawiliśmy te dwa fakty, dorzuciliśmy wolne niedzielne popołudnie i wspaniałą pogodę, tworząc zestawienie, które mogło zaowocować tylko jednym. Bez większego wahania wsiedliśmy do naszego Króla Lwa i pojechaliśmy poznać jeden spośród zamków Anglii i historię kolejnego, ciekawego miejsca. Posłuchajcie zatem opowieści o świńskiej farmie, krwawym piekarzu, najgorszym więzieniu dla Francuzów, artystycznej bohemie wywodzącej się z Cambridge i współczesnym warzywniaku.

 

 

A zaczęło się jak zwykle

 

Niecałe 30km na zachód od Ashford, gdzieś na obrzeżach malowniczego High Weald Area of Outstanding Natural Beauty, pośrodku pięknych ogrodów, znajdują się pozostałości zamku Sissinghurst. Zanim jednak dotrzemy do czasów nam współczesnych musimy udać się około 1500 lat wstecz. Mniej więcej do czasów kiedy Rzymianie ustąpili miejsca i oddali swoje imperium najeźdźcom z północy. Pierwsza zarejestrowana nazwa zamku (chociaż wtedy nim nie był) brzmi “Saxingherste” co można przetłumaczyć jako “las zamieszkany przez Saxonów”. I tym w istocie był, bowiem na miejscu dzisiejszej fortecy znajdowała się świńska farma, z domem otoczonym fosą. Mieszkająca tutaj rodzina nie była jednak pozbawiona znaczenia, była nawet na tyle ważna, że król Edward I postanowił spędzić u nich w gościnie nieco czasu w 1279, 1299 i 1305. Niestety z tych dawnych lat nie pozostało już nic, co można by podziwiać (w przeciwieństwie do Zamku Leeds gdzie ostała się piwniczka na wino).

 

Część fosy zachowała się do czasów dzisiejszych.

 

Znajdziemy nawet starą przystań, aczkolwiek nie mamy co liczyć na rejs łódką.

Piekarz, który był rzeźnikiem

 

Czas panowania de Saxingherst’ów musiał kiedyś dobiec końca. Stało się to prawdopodobnie przez małżeństwo, w okolicach XIIIw. Nowymi właścicielami zostali de Berhams’owie, którzy z kolei żenili się z córkami z bogatego rodu tkaczy Cranbrook’ów. Prawdopodobnie dzięki tym koneksjom część zamku trafiła w ręce Thomasa Bakera z Cranbrook’ów. Następnie, na przestrzeni lat zamek był sukcesywnie wykupywany aby wreszcie trafić w ręce ambitnego sir Johna “Rzeźnika” Bakera, wnuka Thomasa. Sir John był politykiem, sędzią ale przede wszystkim zagorzałym katolikiem i zwolennikiem “Krwawej Mary”. Swój przydomek zawdzięcza właśnie przesłuchaniom sądowym, którym poddawał ludzi uznanych przez siebie za heretyków. Dzięki prawdopodobnie niezwykłemu zmysłowi politycznemu udało mu się przetrwać religijną zawieruchę Anglii tamtego okresu. Zgromadził również ogromną fortunę, zmieniając poglądy zależnie od tego skąd akurat wiał wiatr reformacji. Jak wszyscy, którzy dorobili się w tamtym okresie, skorzystał głownie na likwidowaniu klasztorów.

Pozostawiamy wam moralną ocenę tego człowieka. Natomiast warto wspomnieć, że to prawdopodobnie on jest fundatorem długiego budynku, z bramą wejściową. Budynek ten możemy podziwiać do dziś.

 

Przez tą waśnie bramę wchodzimy na pierwszy dziedziniec.

 

Daleko pada jabłko od jabłoni

 

Po śmierci krwawego sir Johna Bakera zamek przeszedł pod władanie jego syna, sir Richarda. No i tutaj pojawia się pewnego rodzaju dysonans, ponieważ z jednej strony sir Richard dokonał niezwykłej transformacji posiadłości w jedną z najznamienitszych budowli w Kencie, a z drugiej, wbrew radom przekazanym mu przez ojca na łożu śmierci, roztrwonił rodowy majątek. Nie mniej jednak to właśnie jemu zawdzięczamy przekształcenie ponad 280 hektarowego pola w park do polowań na jelenie, wybudowanie wieży, która była zarówno platformą używaną w trakcie polowań jak i wspaniałą bramą prowadząca na renesansowy dziedziniec elżbietańskiego dworku. Był to budynek z 40 metrową galerią, ogromnymi oknami i 38 kominkami. Sir Richard stworzył miejsce, które miało służyć przede wszystkim spełnianiu przyjemności i zadowalaniu gości. Czy mu się to udało? Z pewnością, skoro sama królowa Elżbieta nagrodziła go szlachectwem po spędzeniu w zamku trzech dni.

 

 

Wieża góruje nad okolicą i jest widoczna z każdego zakątka posiadłości.

 

Wszystko co dobre…

 

…musi się skończyć i tak było również w przypadku zamku Sissinghurst. Zamku, który w XVIw. święcił swój najznamienitszy okres, by w XVIIw. popadać powoli w ruinę. Na pewno złożyło się na to wiele czynników takich jak: wyprowadzenie się Bakerów do nowego domu w Londynie, podejrzenia o wyznawanie katolicyzmu kierowane ze strony purytanów (akurat los chciał, że najbardziej ortodoksyjna w całej Anglii społeczność purytańska znajdowała się w pobliskim Cranbrook) czy opowiedzenie się rodziny po stronie króla w trakcie Angielskiej Wojny Domowej.

Kolejnym czynnikiem jaki zbiegł się w czasie z innymi był brak męskiego potomka w rodzinie, który mógłby przejąć majątek i nim zarządzać. Dlatego też wspaniały elżbietański dom podzielony został na pojedyncze apartamenty, które co prawda początkowo były wynajmowane przez ludzi chcących podreperować swoje zdrowie w tamtejszym parku, jednak w późniejszym etapie przedstawiały obraz nędzy i rozpaczy. Jak to określił Horace Walpole w 1749r. “zastał ogród w ruinie a dom w 10 razy gorszym stanie”. Aby dopełnić obrazu zniszczenia (i spłacić dług w wysokości 9000 funtów ciążący na posiadłości) rodzina Bakerów postanowiła udostępnić zamek rządowi jako więzienie dla Francuskich jeńców schwytanych w trakcie wojny siedmioletniej. Wydaje nam się, że najlepszym podsumowaniem tego okresu będzie to, że po wojnie całe Sissinghurst zostało wycenione na 300 funtów.

 

 

Pod koniec XVIIIw. zamek przedstawiał już tylko smutne wspomnienie dawnej chwały. Kamienie z elżbietańskiego podwórka zostały użyte do budowy dróg. W stajniach założony został przytułek dla biedoty. W ogrodach były wypasane krowy, które w trakcie deszczu chowały się w wieży. Pomimo tego w 1855r. właściciele ziemscy Mann-Cornwallises of Linton zaopiekowali się odrobinę ruinami. Wymurowali nową farmę, zaraz za dotychczasowymi zabudowaniami, uregulowali granice pól, osuszyli podmokłe tereny i rozpoczęli uprawy chmielu, na który dzięki rewolucji przemysłowej było ogromne zapotrzebowanie. Warto zaznaczyć, że rozkwit tego biznesu był możliwy dzięki położeniu torów i wybudowaniu stacji kolejowej 5 mil od zamku.

Mimo to, kiedy w 1928r. zamek trafił na rynek okazało się, że nikt go nie chce. Przez dwa lata oferta sprzedaży pozostawała na rynku. Do czasu kiedy na scenę wkroczyła Vita Sackville-West i jej mąż Harold Nicolson.

 

 

Powolne podnoszenie się z upadku

 

Vita Sackville-West była z pewnością osobą nietuzinkową. Jedyna córka lorda Sackville, odmówiła odziedziczenia wspaniałego domu – Knole (o którym z pewnością niedługo wam również opowiemy), ponieważ była kobietą. Zamiast tego wybrała życie w małym średniowiecznym domku w Sevenoaks. Niestety z powodu rozbudowy pobliskiej farmy kurczaków zmuszeni byli z mężem do poszukania nowego lokum. Vita dowiedziała się od swojej kochanki, poetki Dorothy Wellesly o zamku Sissinghurst i 13 kwietnia 1930r, po drugiej wizycie, razem z Haroldem nabyli ruinę. Zapłacili za nią całkiem niską kwotę £12,375 (w przeliczeniu na dzisiejsze czasy to kwota ok. £680,000).

Historię związku Vity i Harolda pominiemy i skupimy się na samym zamku. Jeśli chcielibyście poznać ostatnich właścicieli Sissinghurst to koniecznie odwiedźcie to miejsce. Powiemy wam tylko, że naprawdę warto, ponieważ obydwoje stanowili dość barwne postacie i posiadali równie interesujących znajomych. Więcej na ich temat możecie dowiedzieć się pod hasłem “grupa Bloomsbery”.

Po zakupie nowego miejsca zamieszkania obydwoje wzięli się ochoczo do pracy i już w 1932 ukończone zostały podwaliny wszystkich ogrodów i sadu orzechowego. Natomiast do końca lat 30-tych został wybudowany mur ogradzający ogród różany, zbudowana została północna część dziedzińca i zaprojektowany został sad owocowy.

 

Ślady obecności ostatnich właścicieli można oglądać na każdym kroku. Nic dziwnego, skoro to właśnie oni mieli tak wielki wpływ na obecny kształt Sissinghurst.

 

W ogrodach można znaleźć nie tylko piękne kwiaty ale również romantyczne rzeźby

 

Jeśli dobrze się przyjrzycie, znajdziecie tutaj kolejny posąg

 

Najważniejsze są żywopłoty

 

Czas wojny, który nastał wraz z końcem 3 dekady XXw. dotknął również Sissinghurst. Główny ogrodnik – Jack Vass, powodowany poczuciem obowiązku, zaciągnął się na służbę do RAF-u. Odbiło się to oczywiście negatywnie na ogrodach, jednak jak sam zapewniał Vitę kiedy odchodził: “Najważniejsze są żywopłoty, resztą zajmiemy się jak wrócę”. I tak właśnie było. Vita i Harold pod nieobecność Jacka ograniczyli swoje działania do dbania o żywopłoty i dopiero po jego powrocie ogrody znowu zaczęły odżywać. Vass miał bardzo duży wpływ na kształt otoczenia posiadłości, dość powiedzieć, że w jednym tylko roku posadził 12,000 cebulek tulipanów!

Kiedy odchodził ostatecznie w 1957r. Vita wiedziała, że nie da sobie rady bez pomocy. Zdecydowała się zatrudnić dwoje nowych ogrodników Pam Schwerdt i Sibylle Kreutzberger. Obydwie pracowały w Sissinghurst aż do 1990 i z pewnością miały ogromny wpływ na to w jakiej formie możemy podziwiać ogrody dzisiaj.

Po swojej śmierci Vita pozostawiła cały dorobek w rękach swojego młodszego syna Nigela Nicolsona. Historia lubi się powtarzać i podobnie jak poprzedni właściciele on również musiał zmierzyć się z ogromnymi długami. W zamian za ich umorzenie przekazał Sissinghurst pod opiekę National Trust. Co ciekawe zrobił to wbrew woli swojej matki, która zarzekała się, że nigdy nie odda swojego najcenniejszego skarbu pod kuratelę tej organizacji.

 

 

Sissinghurst dzisiaj

 

No dobrze, nagadaliśmy się do was o historii ale co tak właściwie możecie zobaczyć odwiedzając Sissinghurst?

Zacznijmy zatem od zabudowań.
Pierwszym co rzuca się w oczy jest oczywiście stara brama – wieża. Wchodząc na górę mijamy pokój Vity, następnie piętro z odsłoniętymi ścianami ze śladami bytności francuskich jeńców, a docierając na dach możemy podziwiać wspaniałą panoramę okolicy.

 

Na pierwszym planie biblioteka a w głębi kawiarnia i sklepik.

 

Kawałek ogrodu widoczny po lewej stronie nie jest dostępny dla zwiedzających. Hodowane są tam nowe sadzonki i drzewka.

 

 

Dla zwiedzających udostępniona jest również biblioteka, w której możemy przysiąść na sofie przy kominku. Znajduje się tutaj kilka obrazów i masa książek (niestety nie wolno ich czytać).
W południowej chatce organizowane są wycieczki z przewodnikiem, niestety nie skorzystaliśmy z okazji więc nie dowiecie się co można tam zobaczyć.
Warto przejść się wzdłuż fosy gdzie znajdziemy “Priest’s House Holiday Cottage”, przystań i małą samotnię – biuro z przepięknym widokiem.
Do tego oczywiście możemy wypić kawę i zjeść ciasto w Elżbietańskiej stodole, kupić lokalne produkty, książki czy jakąś pamiątkę w sklepie oraz nabyć sadzonki i narzędzia w sklepie ogrodniczym.

 

Ślady bytności więźniów francuskich są nadal widoczne na ścianach odrestaurowanej w 2017 wieży.

 

Taki widok ma osoba siedząca za biurkiem w małej samotni. Musicie przyznać, że jest niezwykle inspirujący.

 

 

Jeśli natomiast chodzi o to co Sissinghurst ma do zaoferowania najlepszego to z pewnością są to ogrody. Już same dziedzińce zaprojektowane zostały w przemyślany sposób i z odpowiednią wizją (np. kierunek koszenia trawy ma spore znaczenie). Cały teren zielony podzielony jest na sekcje tematyczne i tak; po stronie południowej znajdziemy ogrody: różany, wiosenny, “the cottage garden”, sad orzechowy i herbarium. Na północy zaś znajduje się ogród biały. Opuszczając obszar zabudowań i udając się na północ trafimy do warzywniaka, gdzie będziemy mogli urządzić sobie prawdziwy piknik.
Jeśli preferujecie bardziej aktywny wypoczynek to do wyboru macie dwie trasy na spacer dookoła całej posiadłości. Krótsza ma ok. 1,5km, natomiast dłuższa 5km i zdecydowanie warto wybrać wariant dłuższy, bo okolica jest naprawdę urzekająca.

 

 

Priest’s House Holiday Cottage

 

 

Rzecz na koniec – zamki Anglii

 

My spędziliśmy w Sissinghurst kilka godzin i byliśmy tym miejscem zachwyceni. Nie udało nam się dotrzeć wszędzie więc na pewno tam jeszcze wrócimy, zwłaszcza, że mieszkamy dość niedaleko. Jeśli zastanawiacie się czy warto tam jechać, to powiemy tylko, że tak. Może nie jest to najokazalszy zamek na tle innych angielskich zamków ani nie jest to najpiękniejszy ogród ale z pewnością miejsce to ma swoją duszę i historię, z która warto się zapoznać.

Do zobaczenia!

 

Zamek Sissinghurst
5 (100%) 2 votes

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *